Zapożyczenia z angielskiego – przykłady, podział, znaczenie
Używasz smartfona, robisz selfie i planujesz weekend, ale nie wiesz, czym właściwie są Zapożyczenia z angielskiego? W tym tekście pokażę Ci, jak anglicyzmy wchodzą do polszczyzny, jak je podzielić i co z tego wynika. Po lekturze łatwiej ocenisz, kiedy obce słowa naprawdę się przydają, a kiedy tylko udają coś „cool”.
Czym są anglicyzmy?
Anglicyzmy to elementy języka przejęte z angielszczyzny: pojedyncze wyrazy, całe zwroty albo gotowe konstrukcje składniowe. Mogą zachowywać oryginalną pisownię, jak selfie czy weekend, albo być wyraźnie spolszczone, jak komputer, lider czy mecz. Z czasem zaczynają się odmieniać jak rodzime wyrazy, co widać choćby w formach typu maila, drinka czy blogerka.
Pierwsze mocniej widoczne Zapożyczenia z angielskiego pojawiły się w polszczyźnie wraz ze światem sportu i rozrywki, gdy popularne stały się mecze, tenis czy jazz. Potem dołączył biznes z budżetem i marketingiem, a następnie technika z komputerem, skanerem i smartfonem. Dziś angielski jest językiem nauki, internetu i globalnego rynku, więc nowe pojęcia bardzo często „wchodzą” do polskiego właśnie pod angielską postacią.
Jak odróżnić zapożyczenia od kalek?
Nie każde wpływy angielszczyzny to bezpośrednie zapożyczenia z angielskiego. Obok nich pojawiają się kalki językowe, czyli dosłowne tłumaczenia angielskich zwrotów. Konstrukcje typu zrobić komuś dzień albo mieć calla łączą polskie słowa z angielską składnią i brzmią obco, choć na pierwszy rzut oka wydają się swojskie. Takie formy często łamią polskie normy gramatyczne albo stylistyczne.
Dla odmiany istnieją kalki w pełni zaakceptowane, jak drapacz chmur czy twardy dysk. Mamy tu polskie wyrazy, ale ich połączenie odwzorowuje oryginał skyscraper czy hard drive. Osobnym problemem są false friends – słowa podobne w obu językach, lecz o innym znaczeniu, jak eventualnie i eventually. Gdy ufamy jedynie podobieństwu brzmienia, łatwo o komunikacyjny zgrzyt, szczególnie w pracy czy w nauce.
Jak podzielić zapożyczenia z angielskiego?
Anglicyzmy można uporządkować na kilka sposobów. Jedno z prostszych kryteriów to stopień przyswojenia. Mamy wyrazy zachowujące angielską pisownię, jak mail, blog, podcast czy webinar, oraz formy wyraźnie spolszczone, na przykład dżinsy, flesz lub stres. Są też określenia powstałe od nazw własnych, które stały się pospolite w codziennej mowie.
Da się też podzielić zapożyczenia według dziedzin, w których najłatwiej je spotkać. W wielu obszarach angielski wręcz dominuje w terminologii, co szczególnie widać tam, gdzie rozwój jest szybki i międzynarodowy. Do typowych sfer, w których aż roi się od anglicyzmów, należą między innymi:
- ekonomia i biznes – budżet, biznes, leasing, menedżer, startup, deadline, feedback,
- technika i internet – komputer, tablet, folder, router, streaming, spam, blog, link,
- kultura i rozrywka – bestseller, serial, horror, musical, podcast, selfie, thriller,
- sport i aktywność – jogging, aerobik, tenis, doping, fitness, trening,
- jedzenie i styl życia – grill, fast food, lunch, smoothie, popcorn.
Inny przydatny podział opiera się na tym, czy istnieje zgrabny polski odpowiednik. Są słowa bez realnej alternatywy, jak weekend, spam czy smartwatch. Inne spokojnie można zastąpić rodzimymi formami. Gdy ktoś mówi, że targetuje grupę albo robi research, równie jasno wyrazi się, mówiąc, że kieruje ofertę do wybranych odbiorców i prowadzi rozeznanie.
Czy anglicyzmy szkodzą polszczyźnie?
Czy bez słowa weekend naprawdę byłoby nam wygodnie mówić o wolnych dniach? W wielu przypadkach zapożyczenia pomagają nazwać nowe zjawiska w sposób krótki i precyzyjny. Termin webinar od razu kojarzy się z internetowym szkoleniem na żywo, a gaming opisuje całe hobby związane z grami, nie tylko samo „granie”. Anglicyzmy mogą więc uzupełniać słownictwo i porządkować świat pojęć, zwłaszcza w sferze technologii i popkultury.
Z drugiej strony nasycenie wypowiedzi obcymi słowami bywa męczące. Tekst pełen researchów, insightów, case’ów i eventów jest trudny dla osób, które na co dzień nie używają angielszczyzny. Bywa też, że anglicyzm niczego nie upraszcza, jak w przypadku lajków czy donejtów, skoro mamy polubić post i przekazać datki. W takich sytuacjach obce wtręty często służą bardziej budowaniu wizerunku niż jasnej komunikacji.
Rozsądny punkt wyjścia jest prosty: tam, gdzie polskie słowo jest krótkie, zrozumiałe i dobrze osadzone, nie ma powodu, by je wypierać. Gdy natomiast nowy termin opisuje zjawisko znane z filmów, internetu czy nauki (jak streaming czy podcast), naturalne staje się przejęcie go w oryginalnej lub lekko spolszczonej formie. Język i tak wybierze to, co dla użytkowników wygodniejsze w codziennej rozmowie.
Świetnym treningiem językowej uważności jest obserwowanie mody na słowa, szczególnie w internecie i w mowie młodych. Jedne anglicyzmy zostają z nami na długo, inne znikają tak szybko, jak się pojawiły. Warto więc znać ich znaczenie, rozumieć różnicę między anglicyzmem a kalką oraz świadomie decydować, kiedy chcesz brzmieć bardziej swojsko, a kiedy globalnie.
Artykuł powstał przy współpracy z dobrapisownia.pl.
Artykuł sponsorowany